Przechadzałem się właśnie po centrum Londynu. Od dawna tego ie robiłem. Mijałem właśnie jakiś sklepik. Za szklaną szybą znajdowały się różne maskotki. Stanąłem i począłem je oglądać. Nie wiedziałem, w jakim celu, tak, to musiało wyglądać zabawnie. No i dziecinnie. Spojrzałem na szybę innej perspektywy. Doskonale widziałem w niej swoje odbicie, które już doskonałe nie było. Moje loki, to był istny koszmar. Były długie i przetłuszczone. Mój tygodniowy zarost nie wyglądał źle, ale zawsze wolałem być gładki. Moja koszula była wymiętolona na wszystkie możliwe sposoby, a dziurawe spodnie, które niegdyś uważałem za modne, straciły swój urok. Cóż, po prostu wyglądałem niechlujnie. Zdałem sobie sprawę, że tym, czego najbardziej potrzebowałem, były pieniądze. Tylko skąd miałem je wziąć?
Znów zacząłem przyglądać się zabawkom na wystawie. Moją uwagę przykuła jedna z nich. Była to mała panda. Skądś ją kojarzyłem, byłem pewny. Zacząłem sięgać do przeszłości i wtedy mnie olśniło. Kiedy chodziłem do szóstej klasy, dostałem identycznego miśka od przyjaciela. Louisa... nie byłem w stanie przypomnieć sobie jego nazwiska. Tomson? Tomas? To było wtedy nieważne. Ważne było jedno, Louis jest nadziany. Miałem nadzieję, że pożyczy mi kasę. Było jednak kilka przeszkód. Louis ma siostrę i nie jest nią kto inny jak Natalie. Gdyby dowiedziała się, że tu jestem byłoby po mnie. No i... wydawało mi się, ze Lou odwrócił się ode mnie jak wszyscy inni. W końcu na rozprawie wygadywał na mnie same najgorsze rzeczy. Byłem pewny, że Natalie nagadała mi jakichś niestworzonych historii. Uwierzył jej, w końcu to jego rodzona siostra.
Louis i jego majątek były moimi ostatnimi deskami ratunku. Dziwne było to, że nadal pamiętałem na jakiej ulicy mieszka. Znalezienie odpowiedniego domu to był pikuś. Jego willa była najokazalsza. Już następnego dnia chciałem wybrać się do przyjaciela. Z moich wyliczeń była sobota, więc miałem nadzieję, że go zastanę. Szybko dotarłem pod adres, który przez tyle lat siedział mi w głowie. Stanąłem pod dużymi podwójnymi drzwiami. Zadzwoniłem dzwonkiem, który wydał z siebie tę samą melodyjkę, którą pamiętam sprzed lat. W tym momencie... obleciał mnie strach. Zdałem sobie sprawę, że niekoniecznie musiał otworzyć mi Louis.
***oczami Louisa***
Było około południa. W domu siedziałem sam, Natalie poszła na zakupy, a rodzice jak zwykle do pracy. Chyba mówiąc o swojej siostrze też powinienem użyć określenia 'jak zwykle'.
Usłyszałem dźwięk dzwonka. Niechętnie zszedłem na dół. Odsłoniłem wieczko wizjera, a moje oczy ujrzały ciekawy widok. Toż to pan Styles zjawił się pod moim domem. Oj tak... wiedziałem, co mam robić. Otworzyłem drzwi. Kąciki moich ust się uniosły.
-Cześć, Louis. To ja, Harry.- przywitał się niepewnie.
-No przecież widzę. Cześć, Hazza.- odpowiedziałem promienie, chyba promiennie.
-Chciałem pogadać.- zaczął. Wpuściłem go do środka, bacznie sie mu przyglądając. Wyglądał... inaczej. Nieco zabawnie, ale wzbudzał we mnie współczucie.
Usiedliśmy na skórzanych fotelach w salonie. Włączyłem telewizor, Loczek spoglądał na niego tak łapczywie. Tak jakby nie oglądał TV od co najmniej kilku lat. No tak, przecież siedział w więznieniu, do którego sam go wsadziłem, ha.
-To... o czym chciałeś ze mną pomówić?- spytałem, mierząc go wzrokiem. Te podarte spodnie były serio w moim stylu.
-Po pierwsze, pytanko. Jesteś tu sam?
-Tak, a co?
-No wiesz...- zaczął półszeptem- nie wiem, jakby twoja siostra na mnie zareagowała.- dodał pewniejszym głosem.
-Bądź spokojny. Jest na zakupach.
-Ale wiesz... wiesz, że ja jej nic nie zrobiłem, prawda? Wierzysz mi?
-Zapomnijmy o tym. Było, minęło.- doskonale wiedziałem, że Styles nawet nie tknąłby Natalie. Chciało mi się śmiać.
-W porządku. Zaznaczam jeszcze raz, że nic jej nie zrobiłem.- z naciskiem na 'nic' i 'nie'.
-Dobra, dobra. Harry... nie ukrywajmy. Po coś tu przyszedłeś. No, czego twa dusza pragnie?- zapadłem się głębiej w wygodny fotel.
-Chcę prosić o pożyczkę.
Spojrzałem mu w oczy. W duchu śmiałem się jak dziecko. Otworzyłem nową paczkę papierosów i odpaliłem jednego. Zaciągnąłem się porządnie.
-Ile?- spytałem, unosząc kąciki ust.
-Dwa tysiące. Na razie tyle.
Zaciągnąłem się i wypuściłem dym w stronę Loczka.
-Zgoda.- po tym słowie, Styles jakby odetchnął z ulgą. Uśmiechnął się.- Ale wiesz, z czasem odsetki będą rosły.
-Rozumiem. Bądź spokojny, zwrócę co do grosza.
***oczami Harry'ego***
Znów zacząłem przyglądać się zabawkom na wystawie. Moją uwagę przykuła jedna z nich. Była to mała panda. Skądś ją kojarzyłem, byłem pewny. Zacząłem sięgać do przeszłości i wtedy mnie olśniło. Kiedy chodziłem do szóstej klasy, dostałem identycznego miśka od przyjaciela. Louisa... nie byłem w stanie przypomnieć sobie jego nazwiska. Tomson? Tomas? To było wtedy nieważne. Ważne było jedno, Louis jest nadziany. Miałem nadzieję, że pożyczy mi kasę. Było jednak kilka przeszkód. Louis ma siostrę i nie jest nią kto inny jak Natalie. Gdyby dowiedziała się, że tu jestem byłoby po mnie. No i... wydawało mi się, ze Lou odwrócił się ode mnie jak wszyscy inni. W końcu na rozprawie wygadywał na mnie same najgorsze rzeczy. Byłem pewny, że Natalie nagadała mi jakichś niestworzonych historii. Uwierzył jej, w końcu to jego rodzona siostra.
Louis i jego majątek były moimi ostatnimi deskami ratunku. Dziwne było to, że nadal pamiętałem na jakiej ulicy mieszka. Znalezienie odpowiedniego domu to był pikuś. Jego willa była najokazalsza. Już następnego dnia chciałem wybrać się do przyjaciela. Z moich wyliczeń była sobota, więc miałem nadzieję, że go zastanę. Szybko dotarłem pod adres, który przez tyle lat siedział mi w głowie. Stanąłem pod dużymi podwójnymi drzwiami. Zadzwoniłem dzwonkiem, który wydał z siebie tę samą melodyjkę, którą pamiętam sprzed lat. W tym momencie... obleciał mnie strach. Zdałem sobie sprawę, że niekoniecznie musiał otworzyć mi Louis.
***oczami Louisa***
Było około południa. W domu siedziałem sam, Natalie poszła na zakupy, a rodzice jak zwykle do pracy. Chyba mówiąc o swojej siostrze też powinienem użyć określenia 'jak zwykle'.
Usłyszałem dźwięk dzwonka. Niechętnie zszedłem na dół. Odsłoniłem wieczko wizjera, a moje oczy ujrzały ciekawy widok. Toż to pan Styles zjawił się pod moim domem. Oj tak... wiedziałem, co mam robić. Otworzyłem drzwi. Kąciki moich ust się uniosły.

-Cześć, Louis. To ja, Harry.- przywitał się niepewnie.
-No przecież widzę. Cześć, Hazza.- odpowiedziałem promienie, chyba promiennie.
-Chciałem pogadać.- zaczął. Wpuściłem go do środka, bacznie sie mu przyglądając. Wyglądał... inaczej. Nieco zabawnie, ale wzbudzał we mnie współczucie.
Usiedliśmy na skórzanych fotelach w salonie. Włączyłem telewizor, Loczek spoglądał na niego tak łapczywie. Tak jakby nie oglądał TV od co najmniej kilku lat. No tak, przecież siedział w więznieniu, do którego sam go wsadziłem, ha.
-To... o czym chciałeś ze mną pomówić?- spytałem, mierząc go wzrokiem. Te podarte spodnie były serio w moim stylu.
-Po pierwsze, pytanko. Jesteś tu sam?
-Tak, a co?
-No wiesz...- zaczął półszeptem- nie wiem, jakby twoja siostra na mnie zareagowała.- dodał pewniejszym głosem.
-Bądź spokojny. Jest na zakupach.
-Ale wiesz... wiesz, że ja jej nic nie zrobiłem, prawda? Wierzysz mi?
-Zapomnijmy o tym. Było, minęło.- doskonale wiedziałem, że Styles nawet nie tknąłby Natalie. Chciało mi się śmiać.
-W porządku. Zaznaczam jeszcze raz, że nic jej nie zrobiłem.- z naciskiem na 'nic' i 'nie'.
-Dobra, dobra. Harry... nie ukrywajmy. Po coś tu przyszedłeś. No, czego twa dusza pragnie?- zapadłem się głębiej w wygodny fotel.
-Chcę prosić o pożyczkę.
Spojrzałem mu w oczy. W duchu śmiałem się jak dziecko. Otworzyłem nową paczkę papierosów i odpaliłem jednego. Zaciągnąłem się porządnie.
-Ile?- spytałem, unosząc kąciki ust.
-Dwa tysiące. Na razie tyle.
Zaciągnąłem się i wypuściłem dym w stronę Loczka.
-Zgoda.- po tym słowie, Styles jakby odetchnął z ulgą. Uśmiechnął się.- Ale wiesz, z czasem odsetki będą rosły.
-Rozumiem. Bądź spokojny, zwrócę co do grosza.
***oczami Harry'ego***
Tak naprawdę, to nie miałem pojęcia, jak zwrócę mu tę kasę. Musiałby stać się cud. Nie wiem, nie mam pojęcia, co ja sobie wtedy myślałem. Moja wyobraźnia była naprawdę wybujała. Byłem taki... taki... głupi! Mogłem spodziewać się kłopotów.
-Wiesz...- zaczął Louis. Sięgnął do kieszeni i wyjął z niej portfel. Dziwiło mnie, że trzymał pieniądze przy sobie, kiedy siedział w domu. Ale jak kto woli.- ...Harry, mógłbym zapytać cię, kiedy w jaki sposób mi je oddasz, ale nie będę taki.
Spojrzałem na niego, próbując wyczytać z jego wyrazu twarzy, co miał na myśli. Może niechętnie udzielał mi pożyczki? Może wiedział, że nie będę w stanie mu ich zwrócić?
-Ok... powiedz mi tylko, kiedy i gdzie mogę cię złapać.
-Soboty i niedziele. Wtedy jestem dostępny.-wypuścił dym z ust- Masz.-podał mi banknoty.- Równo dwa koła.-dodał.
Pierwszy raz od dawna trzymałem w rękach tego rodzaju papier. Miałem ochotę się w niego wpatrywać i wąchać. Nie chciałem jednak wyjść na palanta, schowałem więc mamonę do tylnej prawej kieszeni u moich spodni.Siedzieliśmy tak chwilę nic nie mówiąc. Było trochę niezręcznie. W końcu Lou wystawił do mnie dłoń. To chyba miało być takie grzeczne wyproszenie. Cóż, pożegnaliśmy się. Wyszedłem z domu przyjaciela, chyba przyjaciela. Czułem... radość i strach. Myśli o zwrocie tej kwoty mnie przerażały. Miałem jednak nadzieję, że wszystko dobrze się zakończy.
Trochę mało, ale tym razem szybciej dodam następny rozdział.
Proszę, wyraźcie swoje opinie w komentarzach :)
Co wam się podoba a co nie? Czego się spodziewacie?
See you, kolejny rozdział za 3-4 dni, jeśli zaszczycicie mnie kilkoma komentarzami :)
-Wiesz...- zaczął Louis. Sięgnął do kieszeni i wyjął z niej portfel. Dziwiło mnie, że trzymał pieniądze przy sobie, kiedy siedział w domu. Ale jak kto woli.- ...Harry, mógłbym zapytać cię, kiedy w jaki sposób mi je oddasz, ale nie będę taki.
Spojrzałem na niego, próbując wyczytać z jego wyrazu twarzy, co miał na myśli. Może niechętnie udzielał mi pożyczki? Może wiedział, że nie będę w stanie mu ich zwrócić?
-Ok... powiedz mi tylko, kiedy i gdzie mogę cię złapać.
-Soboty i niedziele. Wtedy jestem dostępny.-wypuścił dym z ust- Masz.-podał mi banknoty.- Równo dwa koła.-dodał.
Pierwszy raz od dawna trzymałem w rękach tego rodzaju papier. Miałem ochotę się w niego wpatrywać i wąchać. Nie chciałem jednak wyjść na palanta, schowałem więc mamonę do tylnej prawej kieszeni u moich spodni.Siedzieliśmy tak chwilę nic nie mówiąc. Było trochę niezręcznie. W końcu Lou wystawił do mnie dłoń. To chyba miało być takie grzeczne wyproszenie. Cóż, pożegnaliśmy się. Wyszedłem z domu przyjaciela, chyba przyjaciela. Czułem... radość i strach. Myśli o zwrocie tej kwoty mnie przerażały. Miałem jednak nadzieję, że wszystko dobrze się zakończy.
Trochę mało, ale tym razem szybciej dodam następny rozdział.
Proszę, wyraźcie swoje opinie w komentarzach :)
Co wam się podoba a co nie? Czego się spodziewacie?
See you, kolejny rozdział za 3-4 dni, jeśli zaszczycicie mnie kilkoma komentarzami :)
Zacząłem rozmyślać nad jakimś prostym sposobem samobójstwa. Chciałem, by było szybko i w miarę bezboleśnie. Rozmyślania te po niedługim czasie zostały przerwane. Przez osoby trzecie.