piątek, 28 marca 2014

Rozdział 2

  Przechadzałem się właśnie po centrum Londynu. Od dawna tego ie robiłem. Mijałem właśnie jakiś sklepik. Za szklaną szybą znajdowały się różne maskotki. Stanąłem i począłem je oglądać. Nie wiedziałem, w jakim celu, tak, to musiało wyglądać zabawnie. No i dziecinnie. Spojrzałem na szybę  innej perspektywy. Doskonale widziałem w niej swoje odbicie, które już doskonałe nie było. Moje loki, to był istny koszmar. Były długie i przetłuszczone. Mój tygodniowy zarost nie wyglądał źle, ale zawsze wolałem być gładki. Moja koszula była wymiętolona na wszystkie możliwe sposoby, a dziurawe spodnie, które niegdyś uważałem za modne, straciły swój urok. Cóż, po prostu wyglądałem niechlujnie. Zdałem sobie sprawę, że tym, czego najbardziej potrzebowałem, były pieniądze. Tylko skąd miałem je wziąć?
 Znów zacząłem przyglądać się zabawkom na wystawie. Moją uwagę przykuła jedna z nich. Była to mała panda. Skądś ją kojarzyłem, byłem pewny. Zacząłem sięgać do przeszłości i wtedy mnie olśniło. Kiedy chodziłem do szóstej klasy, dostałem identycznego miśka od przyjaciela. Louisa... nie byłem w stanie przypomnieć sobie jego nazwiska. Tomson? Tomas? To było wtedy nieważne. Ważne było jedno, Louis jest nadziany. Miałem nadzieję, że pożyczy mi kasę. Było jednak kilka przeszkód. Louis ma siostrę i nie jest nią kto inny jak Natalie. Gdyby dowiedziała się, że tu jestem byłoby po mnie. No i... wydawało mi się, ze Lou odwrócił się ode mnie jak wszyscy inni. W końcu na rozprawie wygadywał na mnie same najgorsze rzeczy. Byłem pewny, że Natalie nagadała mi jakichś niestworzonych historii. Uwierzył jej, w końcu to jego rodzona siostra.
 Louis i jego majątek były moimi ostatnimi deskami ratunku.  Dziwne było to, że nadal pamiętałem na jakiej ulicy mieszka. Znalezienie odpowiedniego domu to był pikuś. Jego willa była najokazalsza. Już następnego dnia chciałem wybrać się do przyjaciela. Z moich wyliczeń była sobota, więc miałem nadzieję, że go zastanę. Szybko dotarłem pod adres, który przez tyle lat siedział mi w głowie. Stanąłem pod dużymi podwójnymi drzwiami. Zadzwoniłem dzwonkiem, który wydał z siebie tę samą melodyjkę, którą pamiętam sprzed lat. W tym momencie... obleciał mnie strach. Zdałem sobie sprawę, że niekoniecznie musiał otworzyć mi Louis.

***oczami Louisa***
Było około południa. W domu siedziałem sam, Natalie poszła na zakupy, a rodzice jak zwykle do pracy. Chyba mówiąc o swojej siostrze też powinienem użyć określenia 'jak zwykle'.
 Usłyszałem dźwięk dzwonka. Niechętnie zszedłem na dół. Odsłoniłem wieczko wizjera, a moje oczy ujrzały ciekawy widok. Toż to pan Styles zjawił się pod moim domem. Oj tak... wiedziałem, co mam robić. Otworzyłem drzwi. Kąciki moich ust się uniosły.
-Cześć, Louis. To ja, Harry.- przywitał się niepewnie.
-No przecież widzę. Cześć, Hazza.- odpowiedziałem promienie, chyba promiennie.
-Chciałem pogadać.- zaczął. Wpuściłem go do środka, bacznie sie mu przyglądając. Wyglądał... inaczej. Nieco zabawnie, ale wzbudzał we mnie współczucie. 
  Usiedliśmy na skórzanych fotelach w salonie. Włączyłem telewizor, Loczek spoglądał na niego tak łapczywie. Tak jakby nie oglądał TV od co najmniej kilku lat. No tak, przecież siedział w więznieniu, do którego sam go wsadziłem, ha.
-To... o czym chciałeś ze mną pomówić?- spytałem, mierząc go wzrokiem. Te podarte spodnie były serio w moim stylu.
-Po pierwsze, pytanko. Jesteś tu sam?
-Tak, a co?
-No wiesz...- zaczął półszeptem- nie wiem, jakby twoja siostra na mnie zareagowała.- dodał pewniejszym głosem.
-Bądź spokojny. Jest na zakupach.
-Ale wiesz... wiesz, że ja jej nic nie zrobiłem, prawda? Wierzysz mi?
-Zapomnijmy o tym. Było, minęło.- doskonale wiedziałem, że Styles nawet nie tknąłby Natalie. Chciało mi się śmiać.
-W porządku. Zaznaczam jeszcze raz, że nic jej nie zrobiłem.- z naciskiem na 'nic' i 'nie'.
-Dobra, dobra. Harry... nie ukrywajmy. Po coś tu przyszedłeś. No, czego twa dusza pragnie?- zapadłem się głębiej w wygodny fotel.
-Chcę prosić o pożyczkę.
 Spojrzałem mu w oczy. W duchu śmiałem się jak dziecko. Otworzyłem nową paczkę papierosów i odpaliłem jednego. Zaciągnąłem się porządnie.
-Ile?- spytałem, unosząc kąciki ust.
-Dwa tysiące. Na razie tyle.
  Zaciągnąłem się i wypuściłem dym w stronę Loczka.
-Zgoda.- po tym słowie, Styles jakby odetchnął z ulgą. Uśmiechnął się.- Ale wiesz, z czasem odsetki będą rosły.
-Rozumiem. Bądź spokojny, zwrócę co do grosza.

***oczami Harry'ego***



Tak naprawdę, to nie miałem pojęcia, jak zwrócę mu tę kasę. Musiałby stać się cud. Nie wiem, nie mam pojęcia, co ja sobie wtedy myślałem. Moja wyobraźnia była naprawdę wybujała. Byłem taki... taki... głupi! Mogłem spodziewać się kłopotów.
-Wiesz...- zaczął Louis. Sięgnął do kieszeni i wyjął z niej portfel. Dziwiło mnie, że trzymał pieniądze przy sobie, kiedy siedział w domu. Ale jak kto woli.- ...Harry, mógłbym zapytać cię, kiedy  w jaki sposób mi je oddasz, ale nie będę taki.
  Spojrzałem na niego, próbując wyczytać z jego wyrazu twarzy, co miał na myśli. Może niechętnie udzielał mi pożyczki? Może wiedział, że nie będę w stanie mu ich zwrócić?
-Ok... powiedz mi tylko, kiedy i gdzie mogę cię złapać.
-Soboty i niedziele. Wtedy jestem dostępny.-wypuścił dym z ust- Masz.-podał mi banknoty.- Równo dwa koła.-dodał.
  Pierwszy raz od dawna trzymałem w rękach tego rodzaju papier. Miałem ochotę się w niego wpatrywać i wąchać. Nie chciałem jednak wyjść na palanta, schowałem więc mamonę do tylnej prawej kieszeni u moich spodni.Siedzieliśmy tak chwilę nic nie mówiąc. Było trochę niezręcznie. W końcu Lou wystawił do mnie dłoń. To chyba miało być takie grzeczne wyproszenie. Cóż, pożegnaliśmy się. Wyszedłem z domu przyjaciela, chyba przyjaciela. Czułem... radość i strach. Myśli o zwrocie tej kwoty mnie przerażały. Miałem jednak nadzieję, że wszystko dobrze się zakończy.



Trochę mało, ale tym razem szybciej dodam następny rozdział.
Proszę, wyraźcie swoje opinie w komentarzach :)

Co wam się podoba a co nie? Czego się spodziewacie?

See you, kolejny rozdział za 3-4 dni, jeśli zaszczycicie mnie kilkoma komentarzami :)

poniedziałek, 24 marca 2014

Rozdział 1

  Nigdy nie zapomnę tych słów, przez które moje życie legło w gruzach. A przynajmniej myślałem, że legnie. "Sąd okręgowy po rozpoznaniu sprawy Harry'ego Stylesa, uznaje go za winnego dokonania zarzucanego mu czynu...-pamiętam jak całe życie, całe 18 lat mojego bezproblemowego dotąd życia, przeleciało mi przed oczyma.-...i wymierza karę 5-ęciu lat pozbawienia wolności. " Pamiętam jak mój adwokat poklepał mnie wtedy po ramieniu i rzekł ze szczerym uśmiechem:
-Brawo, Styles! Mogło być gorzej!
 Spojrzałem na niego spode łba i nie wydobyłem z siebie nawet słowa. Zamurowało mnie całkowicie. Byłem pewny tylko jednego. Nie zrobiłem tego.Wyrok był nieuczciwy.Nigdy nie byłbym w stanie popełnić tak straszliwego czynu, jakim jest gwałt. Moi przyjaciele, znajomi sąsiedzi a nawet rodzina- zeznawali przeciwko mnie. Z ciężkim serce słuchałem ich znanych mi i bliskich, jak uważałem głosów. Co prawda, wiedziałem doskonale że zawsze byłem niechciany i zbędny w domu. Wiedziałem, że nie jestem idealnym synkiem rodziców. Ciągle wmawiano mi, jakim to jestem złym, nieporządnym i beznadziejnym człowiekiem. Właściwie- uświadamiano mi, że nie mam po co żyć. Starałem się tym nie przejmować, udawałem niezależnego. Ale tak naprawdę pękałem od środka. Czasem miałem ochotę sięgnąć po  żyletkę, zrobić kilka głębokich ran, które pozwolą mi o wszystkim zapomnieć. Czasem chciałem wbiec na środek ulicy, po której sunęły rozpędzone  samochody. Jaka myśl odradzała mi samobójstwa? Chyba tylko to, że niedługo mógłbym wyprowadzić się od rodziców, poznać kogoś, założyć rodzinę, żyć spokojnie.
 Po pięciu latach męczeńskiej odsiadki w więzieni, w końcu na nowo poczułem sak wolności. To miejsce ogromnie mnie zmieniło. Psychicznie jak i fizycznie. Stałem się bardzo otwarty na ludzi. Do kicia często przybywali nowi więźniowie, z każdym miałem dość dobre kontakty. Nie trzeba ukrywać, że agresywność stała się moją nową cechą. Przybyło mi też kilka tatuaży. Wszyscy byliśmy zachwyceni, że co 3 miesiące odwiedzał nas tatuażysta. Kto chciał, mógł zrobić sobie dowolną dziarę. Kumple z celi zasze żartowali sobie z motyla na moim brzuchu i jaskółek na obojczykach. Za to bardzo podobał im się statek na moim ramieniu.
 Przez pierwsze dni po wyjściu z więzienia, nie miałem bladego pojęci, gdzie się podziać. Nie widziałem innego wyjścia, jak znalezienie sobie dogodnego miejsca do spania na ulicy. Jakiś czas nic nie jadłem. Piłem tylko lodowatą wodę z publicznych automatów. Doskwierał mi straszliwy głód. W więzieniu nigdy tego nie doświadczałem. Pani McShine co prawda nie gotowała zbyt smacznie, ale każdy zawsze najadał się do syta. Brakowało mi tego. Brakowało mi niewygodnego łóżka, pobudek o 6.00 rano i nieumytej ubikacji. Po prostu zadowoliłoby mnie wszystko poza mokrą trawą, dworcem, czy opuszczoną piwnicą. Całe 5 lat odsiadywałem karę za coś czyn, którego nie popełniłem, a i tak czułem jakby więzienie było moim rajem na Ziemi.
 Wzrok ludzi, którzy mijali mnie na ulicy często wydawał mi się współczujący. W końcu- nosiłem dwie koszule na zmianę,a  nieogolonej twarzy bały się przechodzące obok mnie małe dzieci. Nie chciałem tak żyć. Chciałem coś zmienić. Wiedziałem, że na rodzinę nie mam co liczyć. Wszyscy się już dawno ode mnie odwrócili. Zostałem sam. Sam na tym ogromnym, niebezpiecznym świecie. 23-latek bez domu, wykształcenia... Wykształcenie, to było to! Jednego dnia podjąłem decyzję. Chciałem pójść na studia, żyć normalnym życiem. Wiedziałem, że dostanie się na uczelnię nie będzie proste w moim przypadku. Wiedziałem też, że nie zaszkodzi spróbować.
 W końcu, po rozmowach w kilku placówkach, zrozumiałem, że dostanie się na którąś z nich graniczyłoby z cudem. Nie załamywałem się, byłem na to przygotowany. Kto by chciał  w swojej szkole chłopaka, u którego w kartotece czarno na białym zapisane jest 'karany'...
  Stanąłem przed dużym budynkiem.Powiedziałem do siebie po cichu "ostatni raz". Wziąłem głęboki oddech i nieco niepewnym krokiem zacząłem podążać w stronę tejże uczelni.Czułem na sobie ciekawski wzrok młodych ludzi, którzy właśnie kończyli zajęcia. Po raz pierwszy przeszył mnie wstyd. Wszyscy wokół byli zadbani, ładnie ubrani. Słyszałem za sobą pojedyncze chichoty. Wreszcie przekroczyłem próg. Uniosłem wzrok i wtedy kompletnie osłupiałem. Moim oczom ukazała się znajoma twarz. Blond włosy, niebieskie oczy, malinowe usta... to była ona. Natalie. Spytasz 'kim ona jest?' Natalie to moja dawna znajoma. Jej rodzice to bogaci ludzie biznesu. Wystarczy spojrzeć na tę dziewczynę i od razu w głowie pojawia się stwierdzenie "ale nadziana". Kilogramy makijażu, fantazyjnie ułożona fryzura, drogie dodatki i nieprzyjazny wyraz twarzy- to wszystko zawsze było i nadal jest jej znakami rozpoznawczymi. Mogła mieć każdego faceta, jakiego by zechciała. Nikt nigdy nie śmiał dać jej kosza. Ja byłem tym pierwszym. To było ponad pięć lat temu. Natalie uczepiła się mnie jak rzep psiego ogona. Chodziła za mną, obdarowywała różnorodnymi prezentami, których nigdy nie przyjmowałem. Raz nawet zrobiła niezły rozgardiasz na apelu w liceum, wyrywając mikrofon dyrektorowi i krzycząc jak to bardzo kocha Harry'ego Stylesa i pragnie z nim być. Nigdy nie zapomnę tego upokorzenia. Jednym słowem- była nawiedzoną dziewczyną, która nie rozumiała slowa 'nie'.
Spodziewałbym się po niej najgorszego. Wszystkiego, tylko nie tego, co mi zrobiła. Tak, to właśnie ona oskarżyła mnie o gwałt. To mistrzyni zemsty. Sądzę, że nigdy tak naprawdę mnie nie kochała. Po prostu nie mogła znieść faktu, że coś działo się nie po jej myśli. Właśnie dlatego, przez jej  głupstwo, przez jej ego moje życie wygląda tak jak wygląda. To przez nią zmarnowałem lata, które mogły być moimi najpiękniejszymi w życiu. Każdy, kto dostał karę za coś, czego nie zrobił, wie, co czułem.
 Przez chwilę wpatrywałem się w Natalie. Złość i gorycz przeszywały całe moje ciało. Zwierz, który we mnie drzemał miał ochotę wyskoczyć. Wiedziałem jednak, że jeśli dam jej o sobie znak, to nie odpuści i zaplanuje kolejną zemstę. Wycofałem się i wybiegłem z budynku.

***oczami Natalie***

Pod wieczór wróciłam do domu. Ściągnęłam szpilki od Gucci'ego i o bosych stopach pobiegłam do pokoju brata, znajdującego się na drugim piętrze naszej obszernej willi.
-Louis! Nie uwierzysz!- krzyknęłam, obracając fotel, na którym siedział.
-Co? Masz nowe buty?- zadrwił.
-Śmieszne. Słuchaj, to ważne.
-Nawijaj.- zaciekawił się.
-No więc, siedzę  w szkole, poprawiam makijaż...
-Przejdź do rzeczy!- zirytował się.
-Daj mi dokończyć. No to poprawiałam właśnie make-up, patrzę, a tu Harry!
  Louis otworzył usta ze zdziwienia. Po chwili zdziwiona mina przemieniła się w szyderczy uśmieszek.
-Widział cię?- zapytał, kładąc dłonie na moich kolanach.
-Chyba tak... Ale za to jestem pewna, że nie wiedział, że go widziałam.
-Chociaż to...
-No i co teraz? Wiesz, że nie spocznę, póki nie zniszczę gnojka.- uśmiechnęłam się.
-Co możemy wymyślić poza przekupieniem świadków grubą kasą i wsadzeniem go do paki, hę?
-Coś wykombinujemy. Ej... a ty nie masz wyrzutów? W końcu Harry był twoim przyjacie...
-Nie wspominaj nawet o tym!- przerwał mi.

Louis i Harry przyjaźnili się kiedyś. Mój brat jednak w głębi go nienawidził. Harry zawsze był od niego we wszystkim leszy. Miał większe powodzenie wśród dziewczyn, lepsze oceny, był lubiany i popularny. Nie trudno się więc dziwić, że Louis z ogromną chęcią pomógł mi w zrealizowaniu tego genialnego planu. Planu, który miał swój ciąg dalszy...

***oczami Harry'ego***

Uciekłem stamtąd jak najszybciej i jak najdalej. Zaszyłem się gdzieś za opuszczonym małym domkiem. Pogrążyłem się w myśląc o przeszłości. Nie lubiłem wracać do wspomnień. To zawsze jeszcze bardziej psuło mi humor. A, uwierz, samopoczucie człowieka samotnego, opuszczonego, bezdomnego i głodnego-  zawsze jest złe. Nienawidzę robić sobie wyrzutów. Ale nie potrafię nie myśleć o tym, że gdybym dawniej dał szansę Natalie, to być może żyłbym inaczej. Może znalazłbym miłość, dom. Może odzyskałbym dawne zaufanie i uczucie rodziny.
  Nadeszła jedna z niewielu chwil, kiedy uroniłem kilka łez. Kiedy zacząłem użalać sie nad sobą, tęsknić za tym co minęło. Przez głowę znów przeszły mi myśli, żeby usunąć się z tego okropnego, niewdzięcznego świata. Kto by się tym przejął? Zapewne nikt. Zapewne nikt by po mnie nie zapłakał.
Zacząłem rozmyślać nad jakimś prostym sposobem samobójstwa. Chciałem, by było szybko i w miarę bezboleśnie. Rozmyślania te po niedługim czasie zostały przerwane. Przez osoby trzecie.
-Co ty tu robisz, mazgaju?!- usłyszałem męski, donośny głos. Przełknąłem nerwowo ślinę i spojrzałem na trzy nieznane mi twarze. Jakie twarze? Przecież ich nie widziałem. Wszyscy mieli na sobie jakieś dziwne kaski. Ich ubrania, też wyglądające niecodziennie, były poplamione kolorowymi farbami. Wyglądało to zupełnie, jakby grali w...
-To jest teren do paintballa, frajerze!- krzyknął ten w najmniej zafarbowanym katanie, zaś ja nie wydusiłem z siebie najmniejszego słowa. Najmasywniejszy z trójki chwycił mnie obiema rękoma za koszulę i uniósł w górę, tak że moje stopy zwisały w powietrzu.
-Zostawcie mnie... już stad spadam.- wykrztusiłem.
-No ja myślę. Spadaj i to w podskokach!- rzekł siłacz i opuścił, tfu, rzucił mnie na ziemię. Wstałem i otrząsnąłem się. Chciałem zrobić, co kazali, odejść. Stawiałem pierwszy, zdecydowany krok, kiedy poczułem czyjąś dłoń na swoim ramieniu. Gdy tylko się odwróciłem, dostałem solidnego kopa w brzuch. Upadłem i zwinąłem się w kłębek. Bolało i to cholernie.
-To na wszelki wypadek, gdyby zachciało ci się tu wrócić.- usłyszałem oddalający się głos. Leżałem jękając z bólu jeszcze przez krótką chwilę. Bojąc się, że ktoś zaraz podbiegnie do mnie i sprzeda kolejny cios, powiedziałem sobie "nie, dzięki." Trzymając się za brzuch, wstałem i pobiegłem stamtąd tak szybko, jak na daną chwilę potrafiłem.
  Ta "przygoda" uświadomiła mi coś ważnego. Zależy mi na tym, by żyć. Wcale nie chcę opuszczać tego świata ze świadomością, że nikt nie będzie za mną tęsknił. Nikt by raczej tego nie chciał.





Dziękuję za przeczytanie.
Kolejny rozdział się pojawi, jeśli zaszczycicie mnie kilkoma komentarzami :)
Podoba się? Macie jakieś uwagi? :)
Pisać takie, dłuższe, czy krótsze? :)